Deszcz rzadko już teraz
zraszał ziemię i poziom wody w rzece zniżał się codziennie. Staś
przypuszczał, że latem zmienia się ona może w jeden z takich
khorów, jakich wiele widział w Pustyni Libijskiej, i że tylko samym
środkiem jej koryta płynie wąski pasek wody.
Jednakże odkładał wyjazd z dnia na dzień. Na Górze Lindego
było wszystkim tak dobrze, zarówno ludziom, jak zwierzętom i Nel
pozbyła się tu nie tylko febry, ale i anemii, Stasia nawet nie zabolała
nigdy głowa; skóra na Kalim i Mei poczęła się świecić jak ciemny
atłas. Nasibu wyglądał jak melon chodzący na cienkich nogach, a
King spasł się nie mniej niż konie i osioł. Staś wiedział dobrze, że
takiej drugiej „wyspy” wśród morza dżungli nie znajdą już do końca
podróży.
|